Chwyciło mnie coś, żeby tutaj napisać i naprawdę nie umiem się od tego uwolnić :) Dodatkowo mam dość pouczający temat, więc czemu by tego nie spisać? :P
Na początek kilka zdjątek z piątku :>
Posiedziałam z misiem trochę na pastwisku próbowaliśmy ogarnąć podnoszenie lewej nogi, w końcu niby się udało, ale głową cały czas schodził między nogi :/
Ale kiedyś popracujemy nad tym bardziej, to się tego oduczy :D
Zrobiliśmy też krótkie odczulanie na moją ręcznie malowaną torbę z Goliatkiem :) Pyszczek był mega ciekawy co to jest, ale wystarczył lekki podmuch wiatru, a koń stwierdzał "Nieeee może jednak zrezygnuję i uciekam jak najdalej!" :> Ale o dziwo był odważniejszy od np.: Prota, który do tego czasu był czołowym (teraz na jego miejscu zazwyczaj jest Wercik), tylko zobaczył torbę, przyszedł i od razu zwiał.
Po przyjściu Irminy, oznajmiła nam, że dzisiaj zabieramy się za pracę z ziemi. Właściwie to z Kamilą chciałyśmy to zaproponować, więc uradowane pobiegłyśmy po poniacze :)
Ja - Goliat
Kamila - Latoja
Marcelina na spółkę z Pauliną - Lamia ;)
Na początek spacerowanie z koniem, że tak to ujmę "nauka czystego podążania" - czyli koń idzie prosto za nami, nie wpycha się, utrzymuje w miarę dystans, że kiedy się nagle zatrzymamy, on w nas nie wpada.
Rozgrzeweczka polegająca na ostrym skręcaniu, slalomach itp.
I przyszedł czas na rozluźnienie na lonży... ymmm "rozluźnienie". Prawdopodobnie to już tutaj popełniłam błąd, bo w głowie pojawiły mi się wspomnienia z czasu, kiedy Goliat uciekał, stawiał się i próbował kopać...
Jednak konio bardzo ładnie szedł w stępie na lewą stronę, bez problemu też zakłusował. Jak zwykle problem pojawił się przy zmianie kierunku...
Stanął i stoi, idę do jego boku żeby go pogonić, a on zaczyna się odwracać, żeby dalej mieć mnie z przodu...
Nie chciałam go niepotrzebnie denerwować, więc skorzystałam z pomocy instruktorki - doskonale wiem, że trzeba umieć sobie radzić samemu, ale po co popełniać błędy i marnować czas na ich naprawianie, skoro ktoś bardziej doświadczony może od razu naprostować te błędy.
Oddałam konia Irminie i spodziewałam się, że jak za dotykiem magicznej różdżki, instruktorka go zaczaruje i stanie się koniem idealnym... Jednak mojemu miśkowi nie chciało się tak po prostu oddać "władzy" i podejrzewam, że gdyby nie jego masa i boląca noga, stanąłby dęba jak nic, bo już się zbierał...
Posypały się kopniaki (na szczęście nie celne) i to tak wysoko zadek fruwał, że aż miałam nadzieję, że te całe problemy z kręgosłupem i nogami to ściema XD Pouciekał, ale kiedy Irmina go złapała, postanowiła podejść go od innej strony. Uspokoiła siebie, a przez to też jego - na spokojnie lonżowała w obydwa kierunki i koń idealny :)
"Mniej presji, bo to go tylko denerwuje" - zapamiętałam i już dalsze lonżowanko było tylko w stępie :)
Potem Irmina ustawiła nam stacyjki - naprowadzanie na trzy drągi pod różnym kątem, cofanie wzdłuż korytarzyka z cavaletti i slalomy na długiej wodzy - czyli to co z Goliatem chyba najbardziej lubimy :)
Stacyjki były dosłownie 3-5 minutowe, więc nie widziałam sensu żeby zakładać pas/siodło :P
Ogólnie to zastanawiam się czy by może nie zaproponować coś takiego, żeby brać Goliata na 10-20 minut takiej pracy, kiedy inne konie chodziłyby pod siodłem. Póki co ogarniamy to tylko w stępie, bo ostatnio przy zakłusowaniu koń nieźle pobrykał, ale może w przyszłości sobie z tym poradzimy :D
Czyli morał z dzisiejszej lekcji jest taki - nie pracuj z koniem jeśli się denerwujesz, kiedy coś nie wychodzi wycisz go :)
+ Mała niespodzianka, zdjęcie z rekordu na Procie ;)
~Huculkapl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz