Dzisiejszy post będzie o jednym z nawyków, który został osadzony na 9 miejscu w rankingu Dobrych Cech Doświadczonych Jeźdźców, stworzonym przez właścicielkę bloga quantanamera :)
A mianowicie o umiejętności rozwiązywania problemów, na podstawie moich sobotnich doświadczeń :)
Razem z Karoliną i Kamilą wybrałyśmy się do koni. Od tygodnia nie ma u nas instruktora, a konie nie mogą, nie pracować do przyjazdu nowego instruktora (jeśli jakiś się zgłosi).
Stwierdziłyśmy, że polonżujemy wszystkie koniska. Wzięłyśmy, więc Prota, Wertę i Lamię. Czułam się na siłach, więc wzięłam Prota - jak się okazało największego urwisa, z całej trójki. Ba z całego naszego stada!
Był grzeczniutki, do czasu pierwszego zagalopowania. Jedno koło wokół mnie zrobił ładnie, a tutaj nagle poleeeciał na drugi koniec ujeżdżalni, ciągnąc mnie na końcu lonży. Ciągnąc to złe słowo... Próbowałam go za trzymać, więc można powiedzieć, że na butach jechałam po błocie :P
Puściłyśmy całą trójkę (okazało się, że Lamia robiła praktycznie to samo, z tym że nieco lżej) i poganiałyśmy kilka kółek.
Znowu go wzięłam, a on dalej to samo. Mimo poganiania, dalej się ciągnął.
Poganiałyśmy je, więc jeszcze chwilę. Dalej to samo. Na lonżę wzięła go Kamila, a ja zabrałam Wertę - z którą też miałam mały problem, ale to zaraz ^^"
Kamili też uciekał i to chyba nawet bardziej niż mi, bo dziewczyna nie dawała rady go utrzymać. W końcu stwierdziłyśmy, że na razie nie ma co z nimi galopować. Kamila pobawiła się z Protem w jojo i dwie inne zabawy.
W efekcie otrzymała rozluźnionego (w kłusie) konia :)
Jednak przy zagalopowaniach dalej to samo. Jako, że z Wercikiem mi się już dobrze pracowało i stwierdziłam, że zeszła z niej energia - puściłam ją na pastwicho :)
Z Lamią też stwierdziłyśmy, że nie ma co biedaczki już męczyć i po ładnej serii kłusa i zatrzymań - też ją puściłyśmy.
Procik strasznie obruszony, że konie poszły, a on dalej musi pracować, nawet w kłusie zaczął wymyślać. Pogoniłyśmy go jeszcze jedno czy dwa kółka (jak się okazało, wciąż miał mnóstwo energii) i Kamila spróbowała z nim jeszcze raz zakłusować na lonży - nie, on się nie da!
Więc pobiegłam po ogłowie i na chwilkę na niego wsiadłam. Szedł trochę ociężale, ale trzeba było to doprowadzić do końca. Raz zagalopowałam - szedł bardzo grzecznie, bardzo ładnie, nie wymyślał. Więc po stępowaniu, poszedł na pastwisko :P
O to właśnie chodzi w tytule posta :) Czasem nie mamy czasu na głębsze zastanowienie się, co można zrobić w danej sytuacji. To, że na niego wsiadłam, wydaje mi się najlepszym wyjściem. Trzeba pamiętać o złotej zasadzie - "Nigdy nie kończ na złym zachowaniu konia, lepiej jeszcze raz zrobić coś, co robi on dobrze". Gdybyśmy odpuściły - następnym razem, od razu by uciekł :>
Jeśli o Wertę chodzi - muszę wam opowiedzieć, że do wczoraj miałam pewien problem. Otóż, kiedy zaczynałam lonżować konie lub zmieniałam mu kierunek, uciekałam przed nim. Ta ucieczka polegała na tym, że zamiast stać w miejscu i pokazać koniu, że to on ma się odsunąć, to ja odchodziłam kilka kroków w tył. Pokazywałam swoją uległość, co Wercik wykorzystywała i stawała naprzeciwko mnie. Chciała stawać dęba i o ludu, ile ja się z nią musiałam namęczyć, dopóki nie zrozumiałam swojego błędu.
A Kamila, bardzo fajnie ubrała mi to w słowa ^^" Kiedy już się zorientowałam, na czym polega mój problem, koń chodził idealnie :) Bez problemu przechodziła do galopu itp. :>
Jeśli o Goliatka chodzi (bo jego wzięłam na 20 minut), to jak na niego chodził perfekcyjnie :3 W galopie trochę ciągnął, ale przynajmniej nie uciekał tak jak Prot. Tylko raz w stępie poszedł sobie do Latojki xd
Przy następnym lonżowaniu, obowiązkowo jakieś cavaletti - tak do nich ciągnął, że masakra xd Bo na niego oczywiście też na chwilę wsiadłam :)
~Huculkapl
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz