czwartek, 20 lutego 2014

Moje początki z końmi

Hej :)
Chciałam przede wszystkim przywitać was na moim nowym blogu, przeniesionym z adresu "patrzenaswiatzgrzbietukonia.bloog.pl" :)
Zacznę w podobny sposób jak na tamtym blogu :D Pomijając moje oficjalne dane osobowe, będę prowadziła tą stronkę pod nickiem Huculkapl (stąd też adres). 

W każdym razie... opowiem może o moich początkach z końmi, bo to tamten okres czasy sprawił, że pokochałam te zwierzęta z całego serca. 
Zaczęło się od tego, że moja przyjaciółka - Karolina - od dziecka kochała konie, razem ze swoją kuzynką kolekcjonowały różne "końskie" figurki, zabawki i książki o jeździectwie. W roku 2010, dokładnie w wakacje tata Karoliny poinformował nas, że ma zamiar jechać do Regietowa (zwanego przez niektórych stolicą polskich hucułów). Dawniej dość często myślałam o tym, żeby zacząć jeździć konno, ale moi rodzice (bardziej mój tata), był raczej temu przeciwny. 
Gdy tylko dowiedziałam się, że mają jechać po to, żeby Karolina nauczyła się jeździć, to czym prędzej zapytałam, czy też będę mogła jechać.
Zgodził się zarówno tata Karoliny, jak i moi rodzice :)

Pojechaliśmy 1 lipca (dokładnie to pamiętam :3), jednak jeździłyśmy dwa dni później. Była to oczywiście lekcja na lonży w Stadninie Koni Huculskich w Regietowie :) Konik na którym jeździłyśmy, nazywał się Agar, z tego co pamiętam instruktorka mówiła, że jest dość leniwy, niezbyt chciał przejść do kłusa... Ale ja pamiętam tylko tyle, że siedziałam w siodle i mocno trzymałam się przedniego łęku - to była jedna z najlepszych chwil w moim życiu! Dwie godziny po 30-minutowym lonżowaniu, miałyśmy mieć jazdę na dużych koniach (nie znałam się wtedy na tych zwierzętach i byłam pewna, że konie, które miały około 155 cm w kłębie, to hucułki xd). Nie będę już opisywała całej jazdy, bo nie była zbyt ciekawa - poza tym, że nie wyciszyłam telefonu i nagle zadzwonił do mnie tata, co skończyło się spłoszeniem konia (ale tylko lekkim kłusem).

Kiedy wróciłyśmy już do domu, okazało się że zaraz obok naszej miejscowości (w Sromowcach Niżnych) prowadzona jest mała stajenka z pięcioma konikami huculskimi.
Kiedy byłam tam pierwszy raz, okazało się że nie ma instruktorek (trafiłam akurat na przerwę obiadową xd). Więc następnego dnia zadzwoniłam, żeby zarejestrować siebie i Karolinę na jazdę.
Pamiętam tylko tyle, że jeździłam pierwsza - na Procie (słodziaku ze zdjęcia wyżej). Z samej jazdy nie pamiętam szczegółów... było duuuużo stępa, potem kłus na lonży. Jednak ten dzień był o tyle wyjątkowy, że była to moja druga w życiu jazda, a już zaliczyłam glebę xD Warto wspomnieć o tym, że Prot, ze wszystkich, z tej stajni jest... najbardziej wywrotny :P Podczas kłusa, biedaczek potknął się, tak że klęknął, a ja przeleciałam mu przez głowę... Otrzepałam się z kurzu i z pomocą pani instruktor, z powrotem wsiadłam. 
Jednak Prot cały czas się potykał (już nie tak drastycznie) i pani instruktor stwierdziła, że wymieni mi konia. 
W ten sposób dostałam Lamię... w tamtym czasie, była to najleniwsza klacz ze wszystkich koni.
Trudno było mi nią ruszyć (mam nawet nagranie, ale po prostu umieram ze śmiechu jak widzę, jak próbuję ją wypchnąć xd), więc na niej miałam już tylko stęp...

Od tamtego dnia jeszcze kilka razy przychodziłam, żeby pojeździć za pieniądze, a w wakacje ustaliłam - ja i Karolina - z panią instruktor, że będziemy przychodziły pomagać, w zamian za jazdy :) Układ ten działa do dziś, mimo że mamy nową instruktorkę :3

Tyle :)
Mam nadzieję, że nie zanudziłam was, ale wyszło mi trochę za dużo tekstu niż chciałam ^^ 
Kolejne posty, postaram się pisać nieco krótsze :P

~Huculkapl


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz